środa, 24 kwietnia 2013

Słońce, księżyc i gwiazdy zgasły.


Jasnowłosy mężczyzna szedł ulicami Londynu. Skręcił w jakąś boczną uliczkę, a zaraz potem wszedł do jakiegoś budynku.-Nie ma dla mnie tu miejsca. Już nawet nie mogę normalnie funkcjonować. Dlaczego to ją spotkało? Hermiona… moje słońce. Była moim słońcem, księżycem, gwiazdami… zgasły. Dla mnie już nie ma gwiazd, księżyca czy nawet słońca, jest tylko ciemność. A jak wiadomo w ciemności nie można funkcjonować. Umarła. –Zaczął płakać.- Zostawiła mnie. To takie samolubne. Wybrała drogę w stronę światła, wołała odejść niż zostać ze mną. Przez nią i ja umieram… moja śmierć jest dużo bardziej bolesna… trwa już rok. Już rok Ją wspominam. Pamiętam jakby to było wczoraj… wczoraj. Chciałem ją tylko przedstawić moim rodzicom… a on… on ją zabił. Więc ja zabiłem jego. Mój ojciec zabił dwie osoby. Mnie i ją… nas. Jego cholerna duma nie pozwoliła mieć mugolaka w tym pieprzonym drzewie genealogicznym. Więc zabił ją. Pozbawił oddechu. Pozbawił mnie tlenu. Żałuje tylko, że pozwoliłem mu umrzeć tak szybko, bezboleśnie. Powinien cierpieć. – Kiedy znalazł się na szczycie wieżowca stanął przy barierce. Spojrzał się w niebo… słońce zachodziło. – Uwielbiała ten widok.- Płakał obficie. Sięgnął do kieszeni, a z stamtąd wyciągnął małe białe pudełeczko.  Nasypał sobie na rękę pełno okrągłych tabletek. – Ciekawe czy Bóg istnieje? Jeżeli tak… mam dla niego jedną prośbę. Niech pozwoli mi ją po śmierci zobaczyć zanim trafię do… - przełknął ślinę. – …piekła. Pozwól mi ją zobaczyć. Wiem, że ona jest w najlepszym miejscu, jakie może istnieć… niebo, raj. Pozwól mi ją zobaczyć.- Na raz połknął całą garść tabletek. Już koniec. JUz nie ma Dracona Malfoya.


Dedykuje to mojej świętej pamięci Babci. Tylko to mogę teraz dla niej zrobić.

sobota, 20 kwietnia 2013

~`od Laury`~

Przepraszam was, ale nowy rozdział nie pojawi się szybko ;/ Dużo nauki i mało weny <nauka zabija moją wyobraźnię xd> postaram się go jak najszybciej dokończyć.

Pozdrawiam 
Laura.
Na pocieszenie :*



wtorek, 16 kwietnia 2013

"Nie wszystko jest takie jak nam się wydaje" cz.6


O NIE! Nie ujdzie to temu lizusowi na sucho! Zapłaci mi za tę zniewagę! Gardziła Potterem. Zresztą jak każdy ślizgon. Nienawidziła tego że wszyscy w nim widzą bohatera, a ci co go spotkali zapominają o całym bożym świecie. Ale teraz nie mogła obmyślać planu zemsty (w czym była bardzo dobra) ponieważ musiała szukać swojego ukochanego. Jednak nawet ona, która znała każdą chwilę jego życia, wiedziała gdzie może przebywać (w zależności od humoru) – teraz nie wiedziała nic. Nie mogła się skupić przez tego zielonookiego gada. Za kogo on się w ogóle uważa? Myślała nad tym cały wieczór aż nie spotkała Dracona.

D&H
                Dziewczyna rozpływała się. Każdy dotyk chłopaka sprawiał jej przyjemność, a gdy całował jej szyję swoimi aksamitnymi ustami… to była dla niej istna rozkosz. STOP!  Odezwał się dzwoneczek moralności w jej głowie. Wyrwała się. Spojrzała na Zdezorientowanego lekko chłopaka. Dziewczynie napłynęły łzy do oczu. Nie minęła nawet chwila a na jej policzku pojawiły się struny  łez. Malfoy przyjrzał się jej tempo. Nic już nie rozumiał. Czy nie powinna się cieszyć? Lub przynajmniej odczuwać coś podobnego? Był najbardziej pożądanym chłopakiem w szkole i akurat ją wybrał.  Czy nie powinna się cieszyć?  To świadczyło tylko o tym że jest bardzo ładna… Bardzo ładna? Jest śliczna!... Nie mógł powstrzymać toku myśli zachwalających jej urodę napływających mu do głowy. W sumie nie pierwszy raz był przez takie atakowane. Pamiętał kiedy pierwszy raz tak stwierdził. To było w trzeciej klasie, kiedy groziła mu różdżką. Wtedy zauważył jej duże brązowe oczy, jedwabne loki tego samego koloru. I zaraz po tym dostał w policzek. Odruchowo złapał się za niego. Jakby znowu poczuł ten ból. Nie. Jednak go czuł. Bolał go policzek! Kiedy otrzeźwiał spojrzał na Hermionę, teraz zamiast smutku w jej oczach tańczyły ogniki złości, a potem znów przemieniły się  w smutek. Dostał siarczysty policzek… drugi raz od tej samej dziewczyny  Owa część twarzy w którą dostał była cała czerwona. Bolała do piekielnie!
                - Nienawidzę cię… - wyszeptała. Odeszła. Zniknęła za drzwiami zamku. Te słowa go zraniły.  Dlaczego? Dlaczego to boli? O co do cholery tutaj chodzi? Czemu się rozpłakała? Czemu mnie spoliczkowała? Czemu ja się tym przejmuje przecież to tylko zwykła sz…s…szl… Po serii pytań próbował się wulgarnie o niej wyrazić.
                - Sz… szl… sz… - Już nawet nie potrafił jej tak nazwać. – Co się do cholery jasnej dzieje! – wykrzyczał. Był zdenerwowany. Bardzo. Podminowany ruszył w stronę starej bramy Hogwaru.

D&H
                Biegła przez korytarze Hogwartu zaślepiona swoimi łzami. Jej głowa nie po raz pierwszy tego roku była przepełniona pytaniami. Nie mogła uwierzyć, że ten podły wąż ją tak traktuje. Najpierw ją ratuje, potem wyzywa od szlam a na końcu przylega do niej jak pijawka. O co w tym chodziło? Kiedy tak biegła przez długie kamienne korytarze, mijając, co chwila jakiegoś ucznia lub nauczyciela, dopiero Anthony Goldstein zwrócił na nią uwagę.
                - Hermiona co się stało? – złapał ją za rękę tak by nie mogła mu uciec, a kiedy dziewczyna mu nie odpowiedziała, wznowił pytanie, jednak tym razem zmienił ton, co skłoniło gryfonkę do wylewnych wyznań. Anthony wsłuchując się w jej wypowiedź zaproponował spacer. Z dziewczyny lały się potoki łez. Całe napięcie trzymane w sobie jakie miała od początku roku uwolniła w jednej chwili. Przechadzali się po zamku dobrą godzinę, aż w końcu nie dotarli do wejścia od biblioteki.
                - Moje ulubione miejsce… - szepnęła pod nosem z lekkim uśmiechem. Kiedy Tony zobaczył jak dziewczyna się uśmiechnęła, zbliżył się do niej. Głowę skierował ku jej uchu i powiedział ściszonym głosem:
                - Moje również. – w tym momencie oboje nie mogli powstrzymać się od śmiechu. Mieszkanka domu lwa od początku roku, po raz pierwszy dzisiaj się szczerze zaśmiała. Od tego momentu dobrze się bawili. Kiedy Hermiona wracała z chłopakiem do jej dormitorium, zaczęli się tak wygłupiać że przypadkowo strącili niewielki obraz przedstawiający grupę czarodziei przy prostokątnym stole. Oczywiście kiedy naprawiali szkody przyłapał ich znienawidzony przez wszystkich uczniów woźny. Hermiona pierwszy raz w życiu nie rozumiała dlaczego dostała ujemne punkty. Przecież naprawiła niewielką szkodę. Kiedy pracownik szkoły skończył prawic swoje nużące kazania oboje z krukonem szybko uciekli z miejsca „przestępstwa”.Pierwszy raz od początku roku zaszalała.
                Goldstein odprowadził ją do dormitorium. Prosto pod portret Grubej damy. Spojrzeli się i wybuchnęli śmiechem.
                - Dziękuje… - wydukała gryfonka.
                - Za co? – Spytał zdziwiony chłopak.
                - Za dzisia… - nie zdążyła dokończyć, gdyż chłopak zamknął jej usta pocałunkiem. Była w szoku. Jednak dala się ponieść chwili i odwzajemniła pocałunek. Kiedy stali tak pogłębiając zbliżenie, ktoś odchrząknął za plecami Hermiony. Anthony przestał. Spojrzał się na osobę stojąca za plecami Hermiony. Wyglądał jakby zobaczył ducha.
D&H
                Draco siedział w pokoju wspólnym ślizgonów. Obok niego plątały się niby to przypadkiem mieszkanki tego domu. Nie zauważał pięknych dziewczyn starających się zwrócić na nie jego uwagę. Był za bardzo zamyślony. W najodpowiedniejszym monecie do środka wpadł Blaise. Diabeł zawsze wiedział kiedy wkroczyć. Akurat właśnie w tym momencie blondyn go potrzebował.
                - Blaise! – Wykrzyknął radośnie, co było do niego nie podobne. Mulat lekko się zdziwił, jednak nagle do głowy przyszła mu myśl że arystokrata mógł coś od niego chcieć. – Choć no bracie musimy porozmawiać! – I wszystko był jasne. Egzotycznej urody chłopak podążył za przyjacielem do sypialni. Tam Zabini usiadł na swoim łóżku podczas gdy ten drugi wyjmował z szafki nocnej butelkę Ognistej, co znaczyło że rozmowa dla szarookiego nie będzie prosta.
                - Dalej Malfoy gadaj co się dzieje
                - No więc… - wziął spory łyk napoju – jest taka sprawa… no bo widzisz… chyba… ale nie jestem pewien… raczej jednak nie…
                - Gadaj!
                - Podoba mi się Grenger… - Reakcja Diabła była do przewidzenia. Zaczął się śmiać jak dziki. Jednak gdy zauważył powagę na twarzy przyjaciela, spoważniał.
                - Ty… ty na serio? – Blondyn kiwnął głową. – O rany… co teraz? Co zrobisz?
                - Ni wiem.
                - Powiedz jej.
                - Oszalałeś Blaise?! Na głowę padłeś? – Wybuchnął w złości .
                - Ulży ci.
                - Nie ma mowy. – powiedział stanowczo. Po godzinie lub dwóch, opróżnili już trzy butelki alkoholu  Mimo to brunet w miarę trzeźwo pomyślał, że jeżeli teraz namówi Dracona to on nie odmówi i pójdzie do tej dziewczyny winnej całemu temu zamieszaniu.  Jak pomyślał tak zrobił. Namówił go. Jednak jako dobry kompan do picia nie puścił go samego, mógł się jeszcze narazić nauczycielom albo prefektom. Przecież był kompletnie pijany. Jako że Zabini miał lepszą głowę poszedł z nim…

sobota, 13 kwietnia 2013

"Nie wszystko jest takie jak się wydaje" cz. 5


Podejrzewała kto to mógł być. Modliła się, błagała siły wyższe żeby to nie stało się prawdą.  Wiedziała ze tak się nie stanie. W między czasie Ron, jak to Ron uciekł. Co za tchórz… - pogardziła nim w swoich myślach
                - Jezu Grenger uważaj… ile razy mam cię ratować? – Już miała stu procentową pewność że to on. Ten  głęboki głos mógł należeć tylko do jednej osoby….
                - Nie musisz mnie śledzić Malfoy. Po za tym dałabym sobie sama doskonale radę. – Powiedziała oburzona.  Mimo tego że oznajmiła to tak ozięble jak tylko umiała, Draco rozpływał się w rokoszy. Uwielbiał jej słuchać.
                - Co proszę? Ja nigdy bym nie marnował celowo czasu na taką...szlamę… - powiedzieć mu to przyszło z wielką trudnością. W tym Momocie nie wiadomo, którego z nich bardziej to zabolało. Stał za nią. Podszedł tak blisko. Czuł jej perfumy. Fiołki… - Pomyślał. Kochał ten zapach.  Otrząsnął się szybko. Teraz ich zapach będzie się mu kojarzyć tylko z tą ‘’przeklętą’’ gryfonką. Jego ręce zaczęły się unosić i wędrowały ku jej talii. Gdy jej dotknął czuł jak zadrżała. Z Przyjemności? Tak. To było pewne. Był od niej wyższy. Teraz to było doskonale widać. Schylił głowę w kierunku jej szyi. Zaczął ją delikatnie całować.

D&H
                Biegł ślepo przez korytarze. Biegł przez lochy. Dotarł do składziku Snape’a. Wiedział dokładnie czego chciał.  Otworzył drzwi.
                - Oj nieładnie chłopcze. – pewna postać z obrazu odezwała się do niego. Rudy spojrzał się w jego stronę. No tak, nie mógł tego zrobić. W końcu korytarz był obwieszony wizerunkami byłych ślizgonów. Nie mógł pozwolić aby go przyłapano. Zawrócił. Musiał od Harry’ego ‘’pożyczyć’’ pelerynę niewidkę. Wrócił. Tym razem nikt go nie widział. Nikt go nie upomniał. Gdy był w środku, rozejrzał się dookoła. Wiedział czego szuka. Ale jak to wygląda? Jaki ma kolor? Zapach? Wiedział by to gdyby tylko uważał na lekcji eliksirów. Przeklęty nauczyciel tak przynudza że nie raz zasnął na lekcji. Bogu ducha Hermiona zawsze go budziła. Była jak anioł, oraz zawsze tak ładnie pachniała. Poczuł kojący zapach fiołków. Czy to ona?  Przerażony obrócił się gwałtownie. Nie. Nie było jej. Odetchnął. To w takim razie skąd dobiegał ten śliczny zapach? Zaczął wszystko obwąchiwać. Bez wątpienia wyglądał teraz jak jakiś pies. Nagle natrafił na źródło aromatu. Wydobywał się on z malutkiej fiolki postawionej na jakimś starym, drewnianym stojaku. W środku niej był czysto różowy płyn.  Co to było? Czy to było to czego szukał?
                -Amortencja… - przeczytał cicho. TAK! To jest to czego szukał! Jednak jego uwagę przykuła także inna ciecz znajdująca się tuż obok upragnionego napoju magicznego. Ów eliksir miał barwę ciemnofioletową i nie miał przyjemnego zapachu. Coś mu świtało w głowie. Ktoś kiedyś o nim wspominał. Harry? Jego wzrok ruszył w stronę plakietki. - Potionatus Desperationis… Co? – Zdziwił się.  Bo kto w końcu umieszcza nazwę eliksiru w nieznajomym języku. Jednak ta barwa, ten zapach… coś mu to mówiło. Wziął go. Później dojdzie do czego on służy, ale na pewno mu się przyda. Wyszedł z składziku. Oczywiście musiał potrącić po drodze jakieś pojemniki z tojadem. No ale nie zwrócił na to szczególnej uwagi. Chciał jak najszybciej wrócić do dormitorium i odłożyć pelerynę na miejsce zanim Harry się zorientuje.

D&H
                Harry siedział w głównej Sali Hogwartu.  Wpatrywał się w Ginny. Tak był zakochany. Szkoda tylko, że zmarnował u niej szansę. Nawet do Cho nie żywił takiego uczucia jak do niej. Patrzył jak się śmiała, odgarniała włosy, jej niebieskie oczy były takie wesołe. Bolało go gdy widział ją w towarzystwie innych chłopców. Zmarnował swoją szansę. Kochał kiedy się  śmiała i była szczęśliwa. Nie mógł jej tego dać. Przy nim ciągle towarzyszył by jej ból. Jemu było pisane cierpieć, nie było mu przeznaczone być z nią. Z tego powodu cierpiał. Był świadomy tego że przy nim była by wrakiem człowieka. To by go zabiło. Wolał żeby była szczęśliwa przy kimś innym, niż cierpiała przy nim, nawet jeżeli to by oznaczało że będzie umierać z tęsknoty. Jego agonia się nie skończy… nigdy. Kochał ją.
Zdołowany Harry przedwcześnie wracał z kolacji do swojego pokoju. Wzrok miał wbity w ziemię. Wyszedł  wielkiej Sali. Skierował się w stronę ruchomych schodów. Nagle upadł. Podniósł wzrok na osobę która go potrąciła. To była Parkinson. Pewnie wraca z czyjegoś łóżka… pomyślał, jednak zaraz się skarcił za to podłe przemyślenie. To nie w jego stylu.  Z podłogi podniósł się pierwszy i jak na gentelmana przystało pomógł wstać dziewczynie. Przyjęła pomoc. Była zdezorientowana. Rozglądała się we wszystkie strony. Włosy miała rozczochrane, bluzkę wymiętą i złamany obcas. Jedynie za krótka spódniczka z pod której prawie widać było pośladki była na miejscu.
                - Być może miałem rację… - wymsknęło mu się.
                - Z czym? Zresztą czemu ja marnuje czas dla Głupotera?  - pytała sama siebie.
                - Dobra Pansy… nie obchodzi mnie to – powiedział mając dosyć Mopsicy, lecz ta nie dała za wygraną.
                - Och poczekaj zapomniałam cię spytać jak tam u Wieprzsleya i Szlamy?  - Na dźwięk tych przezwisk przeznaczonych dla jego przyjaciół, krew go zalała. W zawrotnym tempie pokonał odległość dzielącą jego od dziewczyny. Po drodze wyjął różdżkę z kieszeni szaty, którą potem przyłożył do gardła ślizgonki. Był wściekły, a jego zielone oczy przypominały w tej chwili ślepia drapieżnika patrzącego na swoją ofiarę. Czarna była lekko przerażona.
                - Nigdy, ale to nigdy w życiu nie odzywaj się tak w stosunku do moich przyjaciół… - wysyczał przez zamknięte zęby. Nie miał pojęcia co w niego wstąpiło. Od pierwszej klasy on, Ron i Hermiona byli poniżani przez członków domu węża, ale tylko dzisiaj tak gwałtownie zareagował. Był wściekły. Widział w oczach Parkinson przerażenie. Po krótkiej chwili oprzytomniał. Broń która przylegała ściśle do gardła dziewczyny, schował powrotem do kieszeni mundurka. Oszołomiony sytuacją odwrócił się i szybkim krokiem zmierzał w stronę siódmego piętra.

wtorek, 9 kwietnia 2013

"Nie wszystko jest takie jak się wydaje" cz.4


               Blondyn obudził ił się około szesnastej. Wszystkie lekcje dobiegły już końca. Obok niego leżała naga Pansy wtulona w jego tors. Był aż tak zdesperowany? Przecież on brzydził się tapeciary od czasu gdy  zobaczył jej prawdziwe ja, po za tym nie miała tego czegoś, czego Draco szukał wśród dziewczyn już od dawna. Nagle pewna myśl zakwitła mu w głowie. Przecież Grenger jest tylko ładna, może nie ma ‘’tego’’  czego on szuka. Nagle wstał z łóżka i od razu poczuł się lepiej. Przez swoją reakcję obudził Mopsa. Zignorował ją. Nałożył spodnie oraz wziął koszule do ręki i wybiegł z dormitorium. Po drodze mijał różne postacie, to z obrazów lub prawdziwych żywych uczniów z krwi i kości, którzy byli nie mało zaskoczeni tym że chłopak dopiero co się ubierał. Sam do końca nie wiedział gdzie idzie, poniosła go chwila i nadzieja na to że może w ogóle nic nie czuć do Grenger. Mógł być przecież nią tylko oczarowany, bo w końcu przeszła do licha wielką przemianę. Z małej gryfońskiej kujonki z wiecznymi kołtunami we włosach i za dużymi zębami, zmieniła się w piękną dziewczynę o wielu atrybutach. Po za tym wszystkim nie miał ochoty przebywać z Pansy. Żywił do niej wielką niechęć.
                Mijał po kolei różne stare sale lekcyjne, opuszczone korytarze, ruchome schody, wielką salę i wreszcie dotarł na błonia. Spojrzał na zegarek. Dochodziła osiemnasta a on się zastanawiał gdzie tyle czasu zmarnował? Może wtedy gdy zaczął kłócić się z Flinchem za swoją nie zapiętą koszule? A może wtedy gdy przypadkowo skręcił w zły korytarz i musiał się wracać? Nie wiadomo, ale mimo wszystko cieszył się że dotarł tu o tej godzinie. Robiło się powoli ciemno, a on siedział przy jeziorze i wpatrywał się w miejsce gdzie zielona łąka się kończy a zaczyna zakazany las. Uwielbiał siedzieć i wpatrywać się w ten tajemniczy zakątek gdzie kończy się ochrona szkoły i zaczyna się mroczna pokusa zwiedzenia całego lasu. Nie wiadomo ile tam siedział wpatrując się w ten punkt, ale gdy skończył było już całkowicie ciemno, a niebo było pokryte migocącymi gwiazdami. Niechętnie skierował się w stronę szkoły.
D&H

Ron? Ron… Ron mnie ocalił? Jak to możliwe? Czy na pewno zdobył by się na to? Czy jego uczucie jest na tyle silne by to zrobić? W takim razie co ja do niego czuje?  Te myśli dręczyły Hermione odkąd przekroczyła próg pokoju wspólnego Gryfonów. Znała tę historię z punktu widzenia tylko i wyłącznie rudego… Kiedy wszyscy już wyszli z sali, Snape kazał nam sprawdzić czy wszyscy się ewakuowali. Ktoś w oddali powiedział że ciebie nie ma, że zostałaś w tej Sali… Więc bez wahania ruszyłem w stronę drzwi. Widziałem jak leżałaś na podłodze, Nie mogłem na to patrzeć więc pobiegłem w twoja stronę, podniosłem cię i już spokojny że cię mam i cię ocaliłem, poszedłem w stronę korytarzu.  Tak brzmiała ta historyjka. Oczywiście jak to Ron nie obyło się bez pewnych nieścisłości i chaosu ogólnego opowiadania, jednak Brązowooka była na tyle mądra i obrotna że poskładała to w logiczną całość. Siedziała teraz na swoim łóżku i rozmyślała. Za chwilę osiemnasta a co za tym idzie zaraz będzie kolacja. Niechętnie zwlokła się z posłania. Udała się w stronę łazienki, ponieważ chciała doprowadzić się do ładu. Kiedy spojrzała w lustro mimowolnie się zaśmiała. W tym momencie przypominała Hermione Grenger z pierwszej klasy. Jej włosy wyglądały jak po jakiejś katastrofie a oczy miała lekko podkrążone które przywoływały wspomnienia o czasach kiedy zamiast spać wolała czytać. Rozchyliła lekko usta ponieważ chciała sprawdzić czy stan jej uzębienia z przed lat również powrócił. Nie. Jej trzonowce miały normalny rozmiar.
                - Hermiona! Słyszysz? Nie blokuj łazienki! – wołała Lavender zza drzwi. – Dalej też muszę się wyszykować na kolacje! – Hermiona w ogóle nie rozumiała zachowań Brown lub Patil. Niby najlepsze przyjaciółki ale we wszystkim ze sobą konkurowały. Teraźniejsza konkurencja polegała na tym, która poderwie jak najwięcej chłopaków. Oczywiście Parvati wygrywała jak do tej pory, ale Lav nie zostawała daleko w tyle. Osobiście Hermiona nie miała pojęcia która może wygrać, gdyż blondyna jest bardzo zawzięta, a hinduska wzbudza większe zainteresowanie ze względu na swoją egzotyczną urodę. Stop! Hermiona o czym ty myślisz! To nie dotyczy ciebie… Lepiej skup się na tym co czujesz do Rona.

D&H
                Kiedy już była w Wielkiej Sali, mimowolnie spojrzała się na stół przy którym siedzieli ślizgoni i zaczęła szukać wzrokiem Dracona Malfoya. Dlaczego? Sama nie wiedziała. Gdy go nie odnalazła, częściowo zawiedziona ruszyła w stronę swoich przyjaciół którzy siedzieli tak jak zawsze, naprzeciw wielkiego, rzeźbionego z marmuru kominka. Uśmiechnęła się do nich serdecznie. Byli tam: Harry, Ginny, Nevile no i oczywiście Ronald, z którego obecności nie wiedziała czy ma się cieszyć, czy może uciec do pokoju jak tylko najszybciej mogła gdyż bardzo nie chciała go spotkać dzisiaj. Nie po tym co się wydarzyło. Nie teraz. Niestety cała czwórka ją zauważyła. Nie było odwrotu. Jej serdeczny uśmiech gwałtownie się przemienił w wymuszony.
                - Miona! – krzyknął radośnie Harry. Zamachał do niej, tak jakby znajdowali się na jednej z najbardziej zatłoczonych ulic londynu. Złoty chłopak jak zwykle ratował sytuacje. Dobrze wiedział że Hermiona woli na razie unikać rudzielca, dlatego wybraniec wskazał jej miejsce obok siebie i jak najdalej od NIEGO. Gdy już usiadła wokół stołu gryfonu zapadła cisza. Nikt nie odważył się pisnąć ani słowem. Dlaczego? Coś jest nie tak? O co im chodziło? Tak czy owak Brązowooka nie skupiała się na owej ciszy, nadal szukała wzrokiem ślizgona, znowu. I znów go nie było. Kolejne pytania nasuwały się dziewczynie, np. Gdzie on jest? Czy on przyjdzie na kolacje? Co on robi?... Jednak prawdziwe i to najważniejsze pytanie brzmiało: Co ją to obchodzi? Cały czas o nim myślała, a kiedy tego nie robiła tor jej myśli automatycznie skręcał w jego kierunku. Miała przed oczami jego mokry t-shirt opinający się na mięśniach, duże niebieskie oczy spoglądające na innych z pogardą z pod czarnych jak węgiel rzęs, o tych wyjątkowych jasnoblond (naturalnych) włosach. Stop! O czym ty myślisz? To przecież nieczuły arystokrata…
                -Hermiona! – krzyknął poirytowany już Ron – słuchasz mnie?
                - Wybacz… Za… zamyśliłam się. Mógłbyś powtórzyć?
                - Pytałem czy możesz ze mną porozmawiać sam na sam? – powiedział stanowczym tonem, który w ogóle nie pasował do Wesleya, jednak to bardziej zabrzmiało jak stwierdzenie a nie pytanie. Grenger bała się najbardziej tej chwili. Nie mogła mu odmówić z uwagi na swoją najlepszą przyjaciółkę, a zarazem jego siostrę: Ginny. Nie mogła go po prostu tak zbyć, dlatego zgodziła się na rozmowę, najwyżej podczas niej spławi chłopaka. Kiedy oboje już wstali i powoli zbliżali się w stronę drzwi wyjściowych z Sali, poczuła jak miękną jej nogi. Oparła się o framugę. Ron popatrzył się na nią chwilę. Skontrolował wzrokiem całą sytuacje. Najwyraźniej uznał że nic jej nie będzie. Pospieszył ją i skierował się  w stronę dziedzińca. Gdy szatynka poczuła się już pewniej ruszyła za rudym.
                - Hermiona… - zaczął niepewnie tym razem. – Co ty do mnie czujesz?
                - Nie wiem… - spodziewała się tego pytania. – …raczej przyjaźń. – chłopak popatrzył się z niedowierzaniem na nią.
                - Hermiona! Jak to? Ja… ja przecież… przecież cię uratowałem! Dlaczego nie jesteś wdzięczna? Znamy się tyle lat! Jak… jak to możliwe że nic do mnie nie poczułaś?!...
                - R..ron…
                - Jak?! Jak?! – przerwał jej. – Ja cię KOCHAM! Zrobię dla ciebie wszystko!
                - Ron to tak nie działa. Ja nie mam wpływu na moje uczucia, to nie zależy ode mnie… - przerwała. Była w szoku. Najmłodszy Wesley uklęknął przed nią. O BOŻE! Co on chce zrobić?! Była przerażona.
                - Hermiona zostań moją dziewczyną… - zapytał. Dziewczyna uśmiechnęła się pod nosem. Czy naprawcze była aż tak głupia by podejrzewać Ronalda o oświadczyny w wieku szesnastu lat? Nawet on nie był taki pochopny. – To znaczy tak? – rozpromienił się.
                - N… Nie to nie tak, znaczy nie chce i nie będę twoją dziewczyną, nasza przyjaźń jest dla mnie ważniejsza… -  Przekazała to tak łagodnie jak tylko umiała.
                - Kocham cię… - chłopak w ogóle się nie skupiał na tym co mówi dziewczyna. Wyglądała tak ślicznie w świetle gwiazd. Nie zdawali sobie nawet sprawy ile czasu ich nie ma, nie wiedzieli że kolacja już dawno się skończyła.
                - RON! CZY TY MNIE SŁUCHASZ?! Nie będę twoją dziewczyną!
                - Jeszcze zmienisz zdanie. – Był bardzo pewny siebie. Przybliżył się do niej, a gdy ona chciała się oddalić, chwycił ją w tali tak, praktycznie nie mogła się ruszać. Był silny. O wiele bardziej silniejszy od niej. Musiała patrzeć mu w oczy. Nie pomagały wrzaski i sprzeciwy. Nagle błysła czerwona smuga Światała, która odepchnęła nachalnego amanta Hermiony dwa metry w tył. Ten zaczął się śmiać jak opętany.  To na pewno było zaklęcie Rictusempry. Kto je rzucił? Spojrzała się w stronę z której było ciśnięte zaklęcie….

niedziela, 7 kwietnia 2013

"Nie wszystko jest takie jak się wydaje" cz.2


                Hermiona obudziła się z miękkiej białej pościeli. W pomieszczeniu było dość jasno, z uwagi na wysoki sufit i ogromne okna. Nie była sama w pokoju, w oddali dostrzegła 3 postacie: Pani Pomfrey –a więc była w skrzydle szpitalnym, Profesor McGonagall, obie rozmawiały zawzięcie. Trzecia sylwetka była cała mokra. Stała na uboczu przysłuchując się rozmowie, lecz czasami wtrąciła swoje przysłowiowe 3 grosze.  W pewnym momencie niezidentyfikowana osoba obróciła się w jej kierunku. To był Malfoy. Zszokowana dziewczyna otworzyła szeroko oczy ze zdumienia. W głowie roiło się jej pełno pytań, na które koniecznie chciała poznać odpowiedź. Między innymi, co on tu robił? I dla czego jest mokry?  Umięśniona sylwetka chłopaka zaczęła podążać w jej kierunku. Kiedy był już wystarczająco blisko w końcu się odezwał.
                -I, co Grenger nawet nie podziękujesz?- Spytał zalotnie.
                -Podziękować?! Niby, za co?
                - No wiesz gdyby nie ja to byś się utopiła…
                -Co?!?!Przecież…
                - Nie wypieraj się tego Grenger… Zobacz jak się poświęciłem, wskoczyłem do wody w ubraniu (!). Doceń to… –powiedział z tym swoim Dracońskim uśmiechem- Ale Grenger muszę ci przyznać , że do twarzy ci z przemoczoną i prześwitującą bluzką. –mocno zaakcentował przed ostatni wyraz, na co Hermiona zbladła.
                -Malfoy jeżeli masz odrobinę współczucia w sobie, przymknij się i idź sobie – poirytowana jego komentarzem Hermiona odwróciła się na drugi bok tak aby go nie widzieć. Słyszała jednak odgłos oddalających się kroków i zamykających się drzwi.

D&H
                Od tamtego momentu Malfoy ani razu nie odwiedził Hermiony przez 2 tygodnie, wskutek tego dziewczyna nie umiała się skupić na odrabianiu lekcji. Tysiące pytań niedawany jej spokoju. Nie wiedziała jak zareagować na sytuacje w której to MALFOY (!) ratuje ją z obsesji. To było nonsensowne, przecież od kiedy to ten cholerny arystokrata pomaga jej (!?). Nic nie rozumiała.
                Zaś Ron bywał u niej codziennie po kilka razy i nie dawał jej spokoju gdyż chciał koniecznie poznać  jej uczucia co do niego.  Kilka razy nawet Pani Pomfrey  musiała zainterweniować z uwagi na nachalność chłopaka, niestety rudzielec się nie poddał.
                Przez całe 2 tygodnie była przykuta do łóżka ze względu na złamaną nogę i obitą kość biodrową. Codziennie w myślach przeklinała Parkinson i błagała o to by uniknąć spotkania z nią. Pod koniec wizyty odwiedził ja Harry. Gdy brązowooka go zobaczyła niemal podskoczyła z radości. Opowiedziała mu wszystko co się zdążyło pod jego nieobecność, łącznie z ukazaniem uczuć Rona wobec niej. Złoty chłopiec słysząc to omal nie pęknął ze śmiechu. W sumie Hermiona nie mogła się za bardzo mu dziwić gdyż cała sytuacja była sama w sobie komiczna, przecież rudowłosy gryfon przyjaźnił się z nią a zarazem docinał jej swoimi bezsensowymi uwagami przez całe 5 lata a nagle zebrało mu się z takie wyznania, oraz Malfoy który ją ratuje. Cała ta opowieść wyglądała na mocno przekłamaną.
Jednak kiedy w końcu wróciła na lekcje nie mogła przestać myśleć o NIM. Ciekawe co teraz robi Malfoy… Co?! Hermiona PRZESTAŃ! To przecież DRACO MALFOY!! On się nie zmieni! Chociaż mogłabym mu przynajmniej podziękować, o ile naprawdę to on mnie uratował.
                - Panno Grenger, czy była by pani na tyle uprzejma i zwróciła uwagę na to co dzieje się na lekcji? – zapytał z pogardą w glosie Snape, wyrywając tym samym dziewczynę z rozmyślań – Oh i mam jeszcze do pani małą prośbę… niech pani spojrzy na swój wywar. Minus 20 punktów dla Gryfindoru za nieuważanie na lekcji. – Nie odezwała się i nie skwitowała pod nosem tego co przed chwilą powiedział nauczyciel. Zdawała sobie wtedy sprawę że może tylko pogorszyć sytuacje.  Tak jak prowadzący lekcje zrzęda doradził, tak zrobiła. Oczy o mało co nie ‘’wyleciały’’ jej z orbit jak zobaczyła, że jej kociołek z Wywarem Żywej Śmierci  zaczął kipieć i pryskać  na wszystkie strony swą zawartością. Dotychczas tylko bulgotał a teraz pojawiło się wielkie zagrożenie i to przez nią, przez najbardziej pilną uczennice w szkole. Co się z nią działo? Kiedy pozostali uczniowie spostrzegli zagrożenie natychmiast zaczęli panikować. Hermiona schowała się w jedyne bezpieczne miejsce, pod swoja ławkę, tymczasem kociołek zaczął przypominać wielką fontannę  która ochlapywała wszystko dookoła.  Zagrożenie było nie małe, a wszyscy uczniowie wraz z nauczycielem znaleźli się już na zewnątrz sali. Hermiona przeklinała w myślach, nie wiedziała co robić, była sama jedyna w pokoju, wszędzie kapał eliksir.
                - Czy wszyscy są? Proszę zobaczyć czy wasi koledzy z ławki są obok was! – wydał polecenie. Nagle rozległy się szepty, podopieczni alchemika zaczęli się wiercić.
                -HETMIONA! – rozległ się przeraźliwy zrozpaczony głos rudego Wesleya. Szepty się nasiliły. Przez tłum zszokowanych nastolatków nagle zaczął przedzierać jakaś postać. To był Draco… Migiem wleciał do klasy gdzie na ścianach, podłodze, suficie, filarach i innych rzeczach znajdujących się w pokoju było pełno niebezpiecznego eliksiru.  Gdzie ona do cholery jest?! – Myślał nabuzowany emocjami chłopak. Nagle głuchy łoskot obił mu się o uszy. Jedna potworna myśl zaczęła chłopakowi  chodzić po głowie: Hermiona… Coś jej się stało… Tak jak podejrzewał, tak było. Dziewczyna leżała na podłodze bez życia. Tylko jak miał się do niej dostać?
                -Alohomora – wycelował w dość dużą szafkę, która w mgnieniu oka się otworzyła. Niestety nic nie jest tak jak w bajce, była ona po brzegi wypełniona przeróżnymi fiolkami, małymi, dużymi, okrągłymi, z tojadem, ogonem szczura i wiele innych. – Reducto –skierował swoją różdżkę w stronę owych szkiełek, po, których została już tylko kupka popiołu. –Winnardium Leviosa – tym razem kociołkowa fontanna eliksiru uniosła się w powietrze i zaczęła lecieć w kierunku otwartej szafki. –Colloportus. – było już po wszystkim. Najgroźniejsze minęło.  Wielki kamień spadł z serca chłopaka, teraz może już bezpiecznie dostać się do dziewczyny. – MOBILICORPUS!  - Wrzasnął a sylwetka Hermiony uniosła się ku górze. Przypominała nieco lalkę trzymaną za rękę przez małą dziewczynkę. Odpowiednimi ruchami rąk przywoływał ją zaklęciem do siebie. Kiedy w końcu była na tyle blisko na ile mógł ją złapać i pociągnąć do siebie, zrobił to. Wyglądała tak krucho w jego objęciach.  Przez chwile stał i patrzył się tak na nią. Taka piękna… przeleciało mu przez głowę. Nagle obudził się i wyszedł z klasy. Ślizgon trzymający w rękach omdlałą Gryfonkę wywołał niemały szok, ale wyglądali tak pięknie razem, przez ich kontrastującą się urodę, że większe poruszenie sprawił właśnie ten fakt. Gdyby nie to że oboje byli ubrudzeni czarną mazią, wyglądaliby jak książę i jego ukochana. Położył ją lekko na ziemi z wielka czułością, czuł się tak jakby była z cukru i za chwilę miałaby się rozsypać, roztopić.  Tę jakże uroczą scenę przerwał ryk najmłodszego z synów Wesleyów:
                -HERMIONA! KOCHANIE NIC CI NIE JEST? –te słowa podziałały jak miecz przeszywający serce blondyna. Oni… Oni są… Oni są ze sobą? Ta myśl bolała go bardziej. Z obrzydzeniem stwierdził że jak na takiego przygrubego niezdarnego chłopak zjawił się strasznie szybko przy nich. Draco stracił nagle jakie kol wiek nadzieje na bliższe relacje z ponętną Grenger.
                -Wywar  żywej śmierci cymbale nie powoduje śmierci, powoduje omdlenie i sprawia wrażenie że osoba która się go napiła, bądź dotknęła sprawia wrażenie umarłej. – blondyn wyrecytował formułkę z podręcznika i niemo wstał. Skierował się w stronę pokoju wspólnego Slytherin’u. 

"Nie wszystko jest takie jak się wydaje" cz.1


Był pierwszy dzień szkoły, wakacyjne słońce jeszcze świeciło na niebie, co dawało aurę leniwych letnich dni mimo ze był już 21 września. Wszak tak później daty rok szkolny w hogwarcie dopiero się zaczął, na obecna sytuacje mały wpływ zdarzenia mające miejsce zeszłego roku.
____________________________
                Hermiona nerwowo przeszukiwała swój szkolny kuferek. Niemożliwe, że go zapomniałam… jak mogłam zapomnieć podręcznika do Transmutacji? Jak?- Zadawała sobie pytania w myślach. Dziewczyna pierwszy raz w życiu była taka roztargniona i nieogarnięta, pierwszy raz w życiu nie rozumiała wielu spraw. Jej poukładany logiczny świat zburzyło niecodzienne wyznanie Rona. Chłopak kilka dni temu wyznał jej ‘’odwieczną miłość, aż po grób”. Mogłam jeszcze przed wyjazdem sprawdzić czy wszystko zabrałam…ohh jestem beznadziejna.- Karciła się w myślach.  Zmęczona całą sytuacją opadła na swoje niezbyt wygodne łóżko i wpatrywała się w sufit. Dlaczego to Ron musiał mi wyznać miłość? Do Cholery przecież przyjaźnimy się od 5 lat!? Jak on mógł mi to zrobić? Co ważniejsze, co ja mam w tej sytuacji zrobić? Przecież nasza przyjaźń stoi teraz pod wielkim znakiem zapytania. Ale dlaczego teraz to zrobił, dlaczego w tym Momocie jak nie ma tu Harrego i nie mam się, komu doradzić. Z rozmyślań wyrwała ją Parvati, która hałaśliwie wpadła do pokoju.
- Hermi szybko Ron pojedynkuje się z Malfoyem!!
- Co? Jak to? Z jakiego powodu?
-Podobno, Malfoy....znowu nazwał cię szlamą...
- co? to żadna nowość. –Zaśmiała się gryfona. Znała na tyle Dracona, że wiedźiła, że nienawidzi ją i to z wzajemnością, jednak bolało ja za każdym razem, kiedy wyzywał ją w podobny sposób. Dziewczyna nie tracąc ani chwili dłużej pobiegła za Patil w stronę jeziora.
D&H
                Tymczasem na Hogwardzkich błoniach rozlegały się odgłosy pojedynków oraz wiwaty uczniów. Wesley i Malfoy prowadzili zawzięty pojedynek. Draco ledwie panował nad sytuacją, mimo to on wygrywał. Kiedy to już ohydny rudowłosy gryfon leżał na ziemi cały brudny, on nad nim stanął z triumfalnym uśmieszkiem na swojej bladej twarzy.
-Expeliarmus- rozległ się wrzask, blado niebieska smuga światła z srebrnym połyskiem wystrzeliła w stronę Ślizgona i wytrąciła mu broń z ręki. W pierwszej chwili chłopak nie wiedział, co się dzieje i spojrzał się w stronę postaci, która rzuciła zaklęcie. Gdy zobaczył to piękne stworzenie stanął w osłupieniu. Ów piękna osoba miało ciemnobrązowe loki za ramiona, które wiatr zgrabnie przeczesywał, głębokie, duże czekoladowe oczy spoglądały na niego z pogardą. Wszystko było jak w zwolnionym tempie. Duże i soczyste malinowe usta coś mówiły a na oliwkowej cerze pojawiał się rumieniec. Zgrabna, idealna, kształtna talia zmierzała ku jego osoby.-Drętwota!- Wyrwało go okrutnie z tego transu zaklęcie. Poleciał 2 metry w tył lądując na swoich przygrubych koleżkach: Crrab’ie i Goyl’u. Nic go nie zabolało jednak po tym brutalnym upadku, ponieważ był zbyt zajęty wsłuchaniem się te ten piękny melodyjny głos. Nawet, kiedy pełen był wściekłości miał coś takiego w sobie, co wprawiało go w odrętwienie. Wstał niezgrabnie chwytając się za głowę. Wyczuł tam niewielkich rozmiarów guza. Kim ona jest?- Zadał sobie pytanie.
-Ty szlamo! Jak śmiałaś?!- Skrzeczący głos Pansy Parkinson doprowadził go do stanu trzeźwości. –Dacuś nic ci nie jest? Wszystko dobrze kochanie?- Dziewczyna spytała z przesadną czułością. Złapała chłopaka za ramię, lecz ten się wyrwał.
-Szlamo?...- Zamamrotał. Spojrzał jeszcze raz na osobę, która go tak urządziła. Co do cholery… Grenger?! -Przerażony pytał sam siebie w myślach.
- Oh przepraszam cię miss ZNP, że tak brutalnie potraktowałam twojego gacha- Odwarknęła Hermiona groźnie w stroną dziewczyny o mopsiej twarzy, i ruszyła pomóc rudzielcowi wstać.
-Jak ty się do mnie odzywasz ty wstrętna i obrzydliwa szlamo!- Wykrzyknęła w przypływie złości Parkinson i wyciągnęła różdżkę z dosyć małej beżowej, pikowanej torebeczki przewieszonej przez ramie złotym łańcuchem. -Levicorpus! –Wrzasnęła dziewczyna. Hermiona nawet nie miała szans się obronić, więc w mgnieniu oka zawisła p powietrzu. Wszyscy obecni byli zszokowani zachowaniem dziewczyn, jednak nie odważyli się zainterweniować. –Może mała zimna kąpiel ostudzi twój zapał- mówiąc to dziewczyna jednym ruchem skierował lewitującą gryfonkę w stronę stawu. Miona błyskawicznie znalazła się nad tafla jeziora, a potem wszystko zdarzyło się zbyt szybko by była świadoma dokładnie tego, co się przed chwila stało. Najwidoczniej straciła przytomność. Ocknęła się dopiero wtedy, gdy ciepły podmuch powietrza musnął jej twarz. Była cała przemoczona, od stóp do głów. Jej czarny koronkowy stanik prześwitywał pod kremową bluzką, zaś jej czarne rurki i tenisówki tego samego koloru stały się nieprzyjemnie ciężkie pod wpływem wody. Jednak miała na sobie coś suchego. To była jasno jeansowa męska kurtka.  Minęła chwila, kiedy zdała sobie do końca sprawę, co się tak naprawdę się działo. Była niesiona przez silne męskie ramiona. Czuła się bezpiecznie, wiedziała, że nic jej nie grozi, więc zamknęła oczy i odpłynęła w głęboki sen.