niedziela, 7 kwietnia 2013

"Nie wszystko jest takie jak się wydaje" cz.2


                Hermiona obudziła się z miękkiej białej pościeli. W pomieszczeniu było dość jasno, z uwagi na wysoki sufit i ogromne okna. Nie była sama w pokoju, w oddali dostrzegła 3 postacie: Pani Pomfrey –a więc była w skrzydle szpitalnym, Profesor McGonagall, obie rozmawiały zawzięcie. Trzecia sylwetka była cała mokra. Stała na uboczu przysłuchując się rozmowie, lecz czasami wtrąciła swoje przysłowiowe 3 grosze.  W pewnym momencie niezidentyfikowana osoba obróciła się w jej kierunku. To był Malfoy. Zszokowana dziewczyna otworzyła szeroko oczy ze zdumienia. W głowie roiło się jej pełno pytań, na które koniecznie chciała poznać odpowiedź. Między innymi, co on tu robił? I dla czego jest mokry?  Umięśniona sylwetka chłopaka zaczęła podążać w jej kierunku. Kiedy był już wystarczająco blisko w końcu się odezwał.
                -I, co Grenger nawet nie podziękujesz?- Spytał zalotnie.
                -Podziękować?! Niby, za co?
                - No wiesz gdyby nie ja to byś się utopiła…
                -Co?!?!Przecież…
                - Nie wypieraj się tego Grenger… Zobacz jak się poświęciłem, wskoczyłem do wody w ubraniu (!). Doceń to… –powiedział z tym swoim Dracońskim uśmiechem- Ale Grenger muszę ci przyznać , że do twarzy ci z przemoczoną i prześwitującą bluzką. –mocno zaakcentował przed ostatni wyraz, na co Hermiona zbladła.
                -Malfoy jeżeli masz odrobinę współczucia w sobie, przymknij się i idź sobie – poirytowana jego komentarzem Hermiona odwróciła się na drugi bok tak aby go nie widzieć. Słyszała jednak odgłos oddalających się kroków i zamykających się drzwi.

D&H
                Od tamtego momentu Malfoy ani razu nie odwiedził Hermiony przez 2 tygodnie, wskutek tego dziewczyna nie umiała się skupić na odrabianiu lekcji. Tysiące pytań niedawany jej spokoju. Nie wiedziała jak zareagować na sytuacje w której to MALFOY (!) ratuje ją z obsesji. To było nonsensowne, przecież od kiedy to ten cholerny arystokrata pomaga jej (!?). Nic nie rozumiała.
                Zaś Ron bywał u niej codziennie po kilka razy i nie dawał jej spokoju gdyż chciał koniecznie poznać  jej uczucia co do niego.  Kilka razy nawet Pani Pomfrey  musiała zainterweniować z uwagi na nachalność chłopaka, niestety rudzielec się nie poddał.
                Przez całe 2 tygodnie była przykuta do łóżka ze względu na złamaną nogę i obitą kość biodrową. Codziennie w myślach przeklinała Parkinson i błagała o to by uniknąć spotkania z nią. Pod koniec wizyty odwiedził ja Harry. Gdy brązowooka go zobaczyła niemal podskoczyła z radości. Opowiedziała mu wszystko co się zdążyło pod jego nieobecność, łącznie z ukazaniem uczuć Rona wobec niej. Złoty chłopiec słysząc to omal nie pęknął ze śmiechu. W sumie Hermiona nie mogła się za bardzo mu dziwić gdyż cała sytuacja była sama w sobie komiczna, przecież rudowłosy gryfon przyjaźnił się z nią a zarazem docinał jej swoimi bezsensowymi uwagami przez całe 5 lata a nagle zebrało mu się z takie wyznania, oraz Malfoy który ją ratuje. Cała ta opowieść wyglądała na mocno przekłamaną.
Jednak kiedy w końcu wróciła na lekcje nie mogła przestać myśleć o NIM. Ciekawe co teraz robi Malfoy… Co?! Hermiona PRZESTAŃ! To przecież DRACO MALFOY!! On się nie zmieni! Chociaż mogłabym mu przynajmniej podziękować, o ile naprawdę to on mnie uratował.
                - Panno Grenger, czy była by pani na tyle uprzejma i zwróciła uwagę na to co dzieje się na lekcji? – zapytał z pogardą w glosie Snape, wyrywając tym samym dziewczynę z rozmyślań – Oh i mam jeszcze do pani małą prośbę… niech pani spojrzy na swój wywar. Minus 20 punktów dla Gryfindoru za nieuważanie na lekcji. – Nie odezwała się i nie skwitowała pod nosem tego co przed chwilą powiedział nauczyciel. Zdawała sobie wtedy sprawę że może tylko pogorszyć sytuacje.  Tak jak prowadzący lekcje zrzęda doradził, tak zrobiła. Oczy o mało co nie ‘’wyleciały’’ jej z orbit jak zobaczyła, że jej kociołek z Wywarem Żywej Śmierci  zaczął kipieć i pryskać  na wszystkie strony swą zawartością. Dotychczas tylko bulgotał a teraz pojawiło się wielkie zagrożenie i to przez nią, przez najbardziej pilną uczennice w szkole. Co się z nią działo? Kiedy pozostali uczniowie spostrzegli zagrożenie natychmiast zaczęli panikować. Hermiona schowała się w jedyne bezpieczne miejsce, pod swoja ławkę, tymczasem kociołek zaczął przypominać wielką fontannę  która ochlapywała wszystko dookoła.  Zagrożenie było nie małe, a wszyscy uczniowie wraz z nauczycielem znaleźli się już na zewnątrz sali. Hermiona przeklinała w myślach, nie wiedziała co robić, była sama jedyna w pokoju, wszędzie kapał eliksir.
                - Czy wszyscy są? Proszę zobaczyć czy wasi koledzy z ławki są obok was! – wydał polecenie. Nagle rozległy się szepty, podopieczni alchemika zaczęli się wiercić.
                -HETMIONA! – rozległ się przeraźliwy zrozpaczony głos rudego Wesleya. Szepty się nasiliły. Przez tłum zszokowanych nastolatków nagle zaczął przedzierać jakaś postać. To był Draco… Migiem wleciał do klasy gdzie na ścianach, podłodze, suficie, filarach i innych rzeczach znajdujących się w pokoju było pełno niebezpiecznego eliksiru.  Gdzie ona do cholery jest?! – Myślał nabuzowany emocjami chłopak. Nagle głuchy łoskot obił mu się o uszy. Jedna potworna myśl zaczęła chłopakowi  chodzić po głowie: Hermiona… Coś jej się stało… Tak jak podejrzewał, tak było. Dziewczyna leżała na podłodze bez życia. Tylko jak miał się do niej dostać?
                -Alohomora – wycelował w dość dużą szafkę, która w mgnieniu oka się otworzyła. Niestety nic nie jest tak jak w bajce, była ona po brzegi wypełniona przeróżnymi fiolkami, małymi, dużymi, okrągłymi, z tojadem, ogonem szczura i wiele innych. – Reducto –skierował swoją różdżkę w stronę owych szkiełek, po, których została już tylko kupka popiołu. –Winnardium Leviosa – tym razem kociołkowa fontanna eliksiru uniosła się w powietrze i zaczęła lecieć w kierunku otwartej szafki. –Colloportus. – było już po wszystkim. Najgroźniejsze minęło.  Wielki kamień spadł z serca chłopaka, teraz może już bezpiecznie dostać się do dziewczyny. – MOBILICORPUS!  - Wrzasnął a sylwetka Hermiony uniosła się ku górze. Przypominała nieco lalkę trzymaną za rękę przez małą dziewczynkę. Odpowiednimi ruchami rąk przywoływał ją zaklęciem do siebie. Kiedy w końcu była na tyle blisko na ile mógł ją złapać i pociągnąć do siebie, zrobił to. Wyglądała tak krucho w jego objęciach.  Przez chwile stał i patrzył się tak na nią. Taka piękna… przeleciało mu przez głowę. Nagle obudził się i wyszedł z klasy. Ślizgon trzymający w rękach omdlałą Gryfonkę wywołał niemały szok, ale wyglądali tak pięknie razem, przez ich kontrastującą się urodę, że większe poruszenie sprawił właśnie ten fakt. Gdyby nie to że oboje byli ubrudzeni czarną mazią, wyglądaliby jak książę i jego ukochana. Położył ją lekko na ziemi z wielka czułością, czuł się tak jakby była z cukru i za chwilę miałaby się rozsypać, roztopić.  Tę jakże uroczą scenę przerwał ryk najmłodszego z synów Wesleyów:
                -HERMIONA! KOCHANIE NIC CI NIE JEST? –te słowa podziałały jak miecz przeszywający serce blondyna. Oni… Oni są… Oni są ze sobą? Ta myśl bolała go bardziej. Z obrzydzeniem stwierdził że jak na takiego przygrubego niezdarnego chłopak zjawił się strasznie szybko przy nich. Draco stracił nagle jakie kol wiek nadzieje na bliższe relacje z ponętną Grenger.
                -Wywar  żywej śmierci cymbale nie powoduje śmierci, powoduje omdlenie i sprawia wrażenie że osoba która się go napiła, bądź dotknęła sprawia wrażenie umarłej. – blondyn wyrecytował formułkę z podręcznika i niemo wstał. Skierował się w stronę pokoju wspólnego Slytherin’u. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz