Podejrzewała kto to mógł być. Modliła się, błagała siły
wyższe żeby to nie stało się prawdą.
Wiedziała ze tak się nie stanie. W między czasie Ron, jak to Ron uciekł.
Co za tchórz… - pogardziła nim w
swoich myślach
- Jezu
Grenger uważaj… ile razy mam cię ratować? – Już miała stu procentową pewność że
to on. Ten głęboki głos mógł należeć
tylko do jednej osoby….
- Nie
musisz mnie śledzić Malfoy. Po za tym dałabym sobie sama doskonale radę. –
Powiedziała oburzona. Mimo tego że
oznajmiła to tak ozięble jak tylko umiała, Draco rozpływał się w rokoszy.
Uwielbiał jej słuchać.
- Co
proszę? Ja nigdy bym nie marnował celowo czasu na taką...szlamę… - powiedzieć
mu to przyszło z wielką trudnością. W tym Momocie nie wiadomo, którego z nich
bardziej to zabolało. Stał za nią. Podszedł tak blisko. Czuł jej perfumy. Fiołki… - Pomyślał. Kochał ten
zapach. Otrząsnął się szybko. Teraz ich
zapach będzie się mu kojarzyć tylko z tą ‘’przeklętą’’ gryfonką. Jego ręce
zaczęły się unosić i wędrowały ku jej talii. Gdy jej dotknął czuł jak zadrżała.
Z Przyjemności? Tak. To było pewne. Był od niej wyższy. Teraz to było doskonale
widać. Schylił głowę w kierunku jej szyi. Zaczął ją delikatnie całować.
D&H
Biegł
ślepo przez korytarze. Biegł przez lochy. Dotarł do składziku Snape’a. Wiedział
dokładnie czego chciał. Otworzył drzwi.
- Oj
nieładnie chłopcze. – pewna postać z obrazu odezwała się do niego. Rudy
spojrzał się w jego stronę. No tak, nie mógł tego zrobić. W końcu korytarz był
obwieszony wizerunkami byłych ślizgonów. Nie mógł pozwolić aby go przyłapano.
Zawrócił. Musiał od Harry’ego ‘’pożyczyć’’ pelerynę niewidkę. Wrócił. Tym razem
nikt go nie widział. Nikt go nie upomniał. Gdy był w środku, rozejrzał się
dookoła. Wiedział czego szuka. Ale jak to wygląda? Jaki ma kolor? Zapach?
Wiedział by to gdyby tylko uważał na lekcji eliksirów. Przeklęty nauczyciel tak
przynudza że nie raz zasnął na lekcji. Bogu ducha Hermiona zawsze go budziła.
Była jak anioł, oraz zawsze tak ładnie pachniała. Poczuł kojący zapach fiołków.
Czy to ona? Przerażony obrócił się
gwałtownie. Nie. Nie było jej. Odetchnął. To w takim razie skąd dobiegał ten
śliczny zapach? Zaczął wszystko obwąchiwać. Bez wątpienia wyglądał teraz jak
jakiś pies. Nagle natrafił na źródło aromatu. Wydobywał się on z malutkiej
fiolki postawionej na jakimś starym, drewnianym stojaku. W środku niej był czysto
różowy płyn. Co to było? Czy to było to
czego szukał?
-Amortencja… - przeczytał cicho. TAK! To
jest to czego szukał! Jednak jego uwagę przykuła także inna ciecz znajdująca
się tuż obok upragnionego napoju magicznego. Ów eliksir miał barwę ciemnofioletową
i nie miał przyjemnego zapachu. Coś mu świtało w głowie. Ktoś kiedyś o nim
wspominał. Harry? Jego wzrok ruszył w stronę plakietki. - Potionatus Desperationis… Co? – Zdziwił się. Bo kto w końcu umieszcza nazwę eliksiru w
nieznajomym języku. Jednak ta barwa, ten zapach… coś mu to mówiło. Wziął go.
Później dojdzie do czego on służy, ale na pewno mu się przyda. Wyszedł z
składziku. Oczywiście musiał potrącić po drodze jakieś pojemniki z tojadem. No
ale nie zwrócił na to szczególnej uwagi. Chciał jak najszybciej wrócić do
dormitorium i odłożyć pelerynę na miejsce zanim Harry się zorientuje.
D&H
Harry
siedział w głównej Sali Hogwartu.
Wpatrywał się w Ginny. Tak był zakochany. Szkoda tylko, że zmarnował u
niej szansę. Nawet do Cho nie żywił takiego uczucia jak do niej. Patrzył jak
się śmiała, odgarniała włosy, jej niebieskie oczy były takie wesołe. Bolało go
gdy widział ją w towarzystwie innych chłopców. Zmarnował swoją szansę. Kochał
kiedy się śmiała i była szczęśliwa. Nie
mógł jej tego dać. Przy nim ciągle towarzyszył by jej ból. Jemu było pisane
cierpieć, nie było mu przeznaczone być z nią. Z tego powodu cierpiał. Był
świadomy tego że przy nim była by wrakiem człowieka. To by go zabiło. Wolał
żeby była szczęśliwa przy kimś innym, niż cierpiała przy nim, nawet jeżeli to
by oznaczało że będzie umierać z tęsknoty. Jego agonia się nie skończy… nigdy.
Kochał ją.
Zdołowany Harry przedwcześnie
wracał z kolacji do swojego pokoju. Wzrok miał wbity w ziemię. Wyszedł wielkiej Sali. Skierował się w stronę
ruchomych schodów. Nagle upadł. Podniósł wzrok na osobę która go potrąciła. To
była Parkinson. Pewnie wraca z czyjegoś
łóżka… pomyślał, jednak zaraz się skarcił za to podłe przemyślenie. To nie w
jego stylu. Z podłogi podniósł się
pierwszy i jak na gentelmana przystało pomógł wstać dziewczynie. Przyjęła
pomoc. Była zdezorientowana. Rozglądała się we wszystkie strony. Włosy miała
rozczochrane, bluzkę wymiętą i złamany obcas. Jedynie za krótka spódniczka z pod
której prawie widać było pośladki była na miejscu.
- Być
może miałem rację… - wymsknęło mu się.
- Z
czym? Zresztą czemu ja marnuje czas dla Głupotera? - pytała sama siebie.
- Dobra
Pansy… nie obchodzi mnie to – powiedział mając dosyć Mopsicy, lecz ta nie dała
za wygraną.
- Och
poczekaj zapomniałam cię spytać jak tam u Wieprzsleya i Szlamy? - Na dźwięk tych przezwisk przeznaczonych dla
jego przyjaciół, krew go zalała. W zawrotnym tempie pokonał odległość dzielącą
jego od dziewczyny. Po drodze wyjął różdżkę z kieszeni szaty, którą potem
przyłożył do gardła ślizgonki. Był wściekły, a jego zielone oczy przypominały w
tej chwili ślepia drapieżnika patrzącego na swoją ofiarę. Czarna była lekko przerażona.
-
Nigdy, ale to nigdy w życiu nie odzywaj się tak w stosunku do moich przyjaciół…
- wysyczał przez zamknięte zęby. Nie miał pojęcia co w niego wstąpiło. Od pierwszej
klasy on, Ron i Hermiona byli poniżani przez członków domu węża, ale tylko
dzisiaj tak gwałtownie zareagował. Był wściekły. Widział w oczach Parkinson przerażenie.
Po krótkiej chwili oprzytomniał. Broń która przylegała ściśle do gardła
dziewczyny, schował powrotem do kieszeni mundurka. Oszołomiony sytuacją odwrócił
się i szybkim krokiem zmierzał w stronę siódmego piętra.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz